PiSlam nie przejdzie. Róbmy swoje

Ani wolności słowa, ani wolnych mediów publicznych w Polsce bronić nie trzeba. Wolnością słowa pełną piersią cieszymy się od 1989 roku. Pluralizm poglądów, gdzie tezy Tomasza Lisa ścierają się z poglądami Mariusza Maksa Kolonko, jest tego najlepszym świadectwem.

Tak – porównywanie uznanego publicysty o (dla części odbiorców) kontrowersyjnych poglądach z równie dla niektórych kontrowersyjnym, jarmarcznym lecz skutecznym sprzedawcą tychże poglądów może się wydać karkołomne – ale na tym właśnie polega demokracja: wypowiadać się może każdy. Opinię powinien wyrabiać sobie odbiorca.


Wolnych mediów publicznych bronić też nie trzeba – bo nie ma specjalnie czego. Ani TVP ani Polskie Radio nigdy nie były wolne od nacisków politycznych, politycznych rozgrywek, wszelkiej maści komisarzy i inspektorów. Tak było od początku postkomunistycznej Polski, bez względu na to, kto stał u sterów władzy. Na ten temat napisano już i powiedziano wystarczająco dużo, Jedyna różnica między sytuacją obecną a licznymi przykładami z przeszłości jest taka, że inni dokonywali zmian w białych rękawiczkach, z poszanowaniem pozorów poprawności politycznej, po europejsku.

PiS nie bawi się w takie dekoracje: „Łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy, dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu“. A to wymaga adekwatnych działań. W białych rękawiczkach topór wymknie się z dłoni, dlatego władza wali na odlew i nie przejmuje się konsekwencjami. Ani tym bardziej kwestią, co ktoś o niej pomyśli. Nie szkodzi, że ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego nie reprezentuje większości Polaków – ordynacja wyborcza zapewniła mu zwycięstwo, a to z kolei w pojęciu ideologów prawej i sprawiedliwej partii daje jej prawo do zachowań słonia w składzie porcelany.

Uważam jednak, że dziennikarze powinni w tym wszystkim zachować umiar. Nie mam na myśli byłych „niepokornych“, którzy w odwecie nie cofną się teraz przed niczym. Myślę o tych, którzy chcą być głosem sumienia ludu kontestującego obecne porządki. Dziennikarz nie powinien być tubą protestów, nawet tych w najbardziej słusznej sprawie. Naszą rolą nie jest prowadzenie ludu na barykady. Informujmy, obnażajmy, punktujmy. To nasza największa broń.

Spotkałem się ostatnio z zarzutem jednego z największych autorytetów dziennikarskich naszego środowiska, że Superstacja (w której mam zaszczyt czuwać nad działem Informacji) za bardzo promuje posła Piętę z PiS, „bo to przecież wariat i oszołom“. Ale właśnie na tym polega uświadamianie problemu – na jego ciągłym pokazywaniu. Do tych, czy innych wniosków niech dochodzi widz, oglądając te mniej lub bardziej chlubne występy wyżej wspomnianego i jemu podobnych.

Jaka władza – tacy jej przedstawiciele. I jeżeli zostali wybrani w demokratycznych wyborach, to raczej warto zastanowić się nad tym kto i dlaczego - słuchając ich akrobacji myślowych - na nich głosował. I dlaczego nasze światłe myśli nie spotykają się z takim odzewem. Ta władza sama wystawia sobie świadectwo. Jeżeli poglądy jej przedstawicieli i jej dziennikarzy są z tej samej półki, co białe skarpetki do czarnego garnituru dowolnego sprzedawcy dywanów, to trzeba je prezentować.

Prawda broni się sama – a każdy idiotyzm sam sobie wystawia świadectwo. Jeżeli tak nie jest, to znaczy że jako społeczeństwo nie dojrzeliśmy. I nie ma o co kruszyć kopii na wiecach i manifestacjach: władza z takim zapleczem w pełni może sobie pozwolić na plucie tysiącom protestujących ludzi w twarz ustami pani Beaty Kempy.

Dlatego jestem przeciwny publicznym wystąpieniom dziennikarzy na takich protestach. Dziennikarz nie powinien być harcownikiem tej, czy innej strony sceny politycznej. Chcemy się różnić od naszych przeciwników ? Róbmy to merytorycznie, róbmy swoje. Nie jest tak, że nie będzie gdzie. Ani ta, ani żadna inna władza nie opanuje wszystkiego. Państwo PiS-lamskie nie przejdzie.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
Skomentuj