O autorze
Wiktor Bater – 49 lat, dziennikarz, od 1994 r. w Moskwie jako korespondent (kolejno): Polskiego Radia (1994-1999), TVN (1999-2007), TVP (2007-2009), Polsat (2009-2011), WPROST (do 19.06.2014) i producent AP (od 2013) . Autor licznych publikacji prasowych o Rosji oraz książki "Nikt nie spodziewa się rzezi" o wojnach na Bałkanach, w Czeczenii, Afganistanie, Iraku, Izraelu. Nominowany do nagrody miesięcznika PRESS Dziennikarz Roku 2004', laureat Grand Press 2010' w kategorii NEWS. Od 1 kwietnia 2015 r. szef newsroomu SuperStacji.

Koniec kanikuły - skażone wschodnim myśleniem, wybiórcze i stronnicze spojrzenie z Polski na Polskę okresu wakacji

To były długie wakacje, wyjątkowe ze względu na możliwość bliskiego przyjrzenia się temu, o czym się w Polsce mówi i pisze, porównania tutejszych i rosyjskich realiów. W głowie plączą się obrazy: Cezary Pazura w Telewizji Trwam, wojna na górze i na ulicach z kibolami i gejami, rocznica Powstania Warszawskiego, 5ta rocznica wojny w Południowej Osetii i jej pokłosie, i – siłą rzeczy, z uwagi na powody mego pobytu pobytu w kraju – świat sportu: wszystko to z pozoru mydło i powidło. Które ułożyło mi się w niezbyt apetyczną całość.

Już w czerwcu przecierałem oczy ze zdumienia: znakomity na ekranie kinowym Cezary Pazura peroruje na antenie telewizji Ojca Rydzyka na temat „właściwych i słusznych lektur, telewizji, gazet itd“. Dyskryminowanie niektórych uważa za wielce niesprawiedliwe: przykładem walka o koncesje dla Telewizji Trwam czy Radia Maryja. A przecież wielu ludzi – w tym także Cezary Pazura, jak deklaruje – „odnajduje w nich treści, wyniesione z domu rodzinnego, wyssane z mlekiem matki“. „Tego nie usłyszę w innych telewizjach“ – przekonuje Pazura. Słuchałem i nie mogłem uwierzyć, że ktoś, kto siłą rzeczy cieszy się się autorytetem, tak swobodnie i z taką swadą przyznaje, że w jego domu panował… antysemityzm, nietolerancja, nacjonalizm i podobne im zjawiska, znane z innego podwórka i z innych, wydawałoby się – dawno minionych lat.



Rosyjscy aktorzy, szczególnie ci z najwyższej półki, unikają tego typu politycznych deklaracji. Owszem, dla wielu naszych jastrzębi już samo podanie ręki Władimirowi Putinowi to wystarczająca polityczna deklaracja, znacznie więcej mówiąca niż pouczenia Cezarego Pazury. Na szczęście nawet w naszym kraju, uzurpującym sobie prawo do roli „pouczyciela narodów“, nie wszyscy dali się na tyle zwariować, aby podzielać tego typu typu moralizatorskie opinie. Co innego tzw. celebryci, jak Elena Isinbajewa, mistrzyni świata w skoku o tyczce – mało tego, że trudno oczekiwać od niej gestu Kozakiewicza pod adresem rosyjskich twardogłowych, to jeszcze sama opowiada się po ich stronie, odbierając „kochającym inaczej“ prawa do „życia inaczej“. Skomentował to Tomek Lis w ironicznym wstępniaku do Newsweeka nr 35: „Pijak w Rosji i kibol w Polsce problemu nie stanowią, ale pedał stanowi problem ogromny w obu krajach (...). Żydów szczęśliwie już w Polsce nie ma, czarnych do Polski nie wpuścimy a jak jeszcze pedały nie będą się pętać po ulicach, to możemy pozostać krajem słowiańskim i chrześcijańskim, społeczeństwem higienicznym i estetycznym. W Rosji już się to udało (...)“. Nic dodać nic ująć. Tyle, że ten jakoby sukces Putina jest co najmniej połowiczny: obozów koncentracyjnych wciąż nie stworzył, Moskwę zalewa fala śniadych emigrantów z Kaukazu, geje mają całkowitą swobodę wyrażania swych uczuć w licznych klubach w centrum rosyjskiej stolicy – niemalże pod murami Kremla, poza zorganizowanymi próbami takich demonstracji miłości. W środkach masowego przekazu temat tolerancji pojawia się jednak często i niewiele różni od tonu, narzucanego przez rodzimych oratorów spod znaku patriotycznego kibola: do budowy obozów koncentracyjnych w Rosji wciąż jednak nie doszło a zapełnienie byłych, stalinowskich łagrów nowymi więźniami sumienia wydaje się (wbrew temu, co piszą nasi rusożercy) mało prawdopodobne.

Cóż: punkt widzenia zmienia się w zależności od punktu siedzenia: cudzoziemcy, po dłuższym pobycie w Rosji przyznają, że tylko rządy silnej ręki mają tutaj sens i że europejska cywilizacja zawsze będzie rządziła się innymi prawami, których, nie sposób przymierzać do rosyjskiej rzeczywistości. To, co w Moskwie odbiera się jako jedyne słuszne i zbawienne, z polskiej perspektywy jest zbrodnią, godną Trybunału Praw Człowieka. Autorytaryzm Putina wykracza poza europejskie pojmowanie, ale jest szyty na miarę rosyjskich realiów. Relatywizacja zła...? Być może. Na pewno jednak nie popadanie w paranoję jedynie słusznej drogi europejskiej cywilizacji. Rosja nigdy nie była i nie będzie Europą – nie zapominajmy o tym.

Wychodząc z tego założenia, może warto sobie zadać pytanie, czy Polska ma prawo do Europy pretendować..? Słuchając wypowiedzi naszych polityków, celebrytów i tzw. opiekunów duchowych na temat tolerancji lub jej braku, szybciej spodziewałbym się zastać zasieki i wieżyczki wartownicze wokół ośrodków odosobnienia w Polsce niż w Rosji. Co na to Europa...? Przeciera oczy ze zdumienia, Watykan milczy a Rosja się cieszy: zawsze się cieszy z przejawów polskiej zaściankowości. A ta granic nie ma.

Pomysł budowania obozów odosobnienia dla gejów powrócił podczas rozmów z tzw.działaczami podczas turnieju piłkarskiego dla młodzieży Silesian Cup 2013‘ w Świdnicy: zgromadziło się tam wielu „prawdziwie godnych działaczy polskich “, często rodem z PZPN pokroju posła Jana Tomaszewskiego, dla których – w bezpośrednich rozmowach – „ani Żyd ani gej do zaakceptowania nie jest, ale jeżeli już kogoś lać, to wiadomo: tych spod tęczy. Na Żydów, i tak zawsze przyjdzie czas. A na razie niech finansują nam stadiony“. Ale to kuluary: gospodarze przysłuchiwali się podobnym wynurzeniom z rosnącym zażenowaniem, ale na szczęście zwyciężył sport - młodzieżowe drużyny z Rosji i Polski blisko tydzień walczyły ze sobą wyłącznie na boiskach a kibole nie zakłócili atmosfery sportowej rywalizacji. Tylko czoła chylić przed tymi, kto Silesian Cup już od 8 lat organizuje: gdyby tacy ludzie a nie „działacze“ rządzili polskim sportem, zapewne inaczej wyglądałaby nie tylko oprawa ale i sukcesy naszych piłkarzy na EURO 2012, a w przyszłości – kto wie – może i MUNDIALu w Polsce. Niestety, dopóki rządzą Tomaszewscy i Latowie, grzejący się w promieniach sławy sprzed 40 lat – niedoczekanie...

Tymczasem przed rozpoczęciem Silesian Cup 2013‘, pierwszego sierpnia o godz. 17:00, pokazałem synowi, czym dla warszawiaków jest i co oznacza godzina „W“. – A co tu robią kibice..?! – nieoczekiwanie zapytał zaskoczony syn, wskazując na palących rakietnice młodych ludzi w białych koszulkach z kotwicami i naszywkami Legii Warszawa. Kilka godzin później wdepnęliśmy w terroryzującą przechodniów, rozwrzeszczaną bandę kiboli-patriotów koło pomnika Małego Powstańca. Czy o taką Polskę walczył...? Nie sposób nie wspomnieć w tym kontekście filmu Mariusza Pilisa, pt. „Zemsta Stadionów“, film o rzekomo prawdziwych patriotach i Polakach, wychowywanych w odmętach polskich stadionów. Dziełko to stanowi znakomitą ilustrację do wypowiedzi pana Wojciecha Wybranowskiego z tygodnika „Do Rzeczy“ na temat narodzin faszyzmu, za co o mały włos nie dostałem w pysk od oburzonego twórcy. Pewnie mi się należało, chociaż ani ze mnie gej, a i Żyd tylko w połowie. Będę czekał więc na kolejne filmy, gloryfikujące polskiego kibola-patriotę, bo stąd już tylko krok do prawdziwej sztuki na miarę obrazów Leni Riefenstahl. Do dziełka, Mariuszu!

Sport to na szczęście nie tylko kibole. Ducha prawdziwej, sportowej rywalizacji można było poznać nie tylko na meczach w Świdnicy ale także podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Moskwie. Nie spełniły się brednie amerykańskich polityków, wzywających do walki o prawa gejów i demokrację w Rosji na drodze bojkotu mistrzostw oraz przyszłorocznej Olimpiady w Soczi. Owszem, nie obyło się bez megalomańskich popisów ze strony wspomnianej już Isinbajewej czy niektórych chcących zaistnieć przed władzą działaczy. Na szczęście nie sprawdziły się natomiast ponure wizje zamachów terrorystycznych podczas mistrzostw, zamachów, które jednak niczym gradowa chmura cieniem kładą się na Igrzyskach w Soczi. Czeczeński dowódca terrorystów, Doku Umarow, za wszelką cenę zechce zaistnieć i tym rosyjskie służby specjalne usprawiedliwiają coraz większy terror FSB i lojalnych wobec Kremla watażków na Północnym Kaukazie. Miłośnikom silnych wrażeń warto polecić narciarski szus lodowcem na Elbrusie ze strony Kabardyno-Bałkarii w towarzystwie uzbrojonych w kałasznikowy i granatniki „Mucha“ rosyjskich specnazowców. Jeżdżą nie gorzej od najlepszych w świecie free-style’owców i zarazem zapewniają dodatkowy „strzał“ adrenaliny. Nie to, co nasi dzielni policjanci niedzielni, których akcję miałem okazję podziwiać na trójmiejskiej plaży, gdy kibole (no proszę – znów...) napadli na meksykańskich marynarzy. Albo odwrotnie. Efekt..? Kilka rozbitych nosów, siniaki, stłuczenia i... niesmak. Nasi stróże porządku publicznego zachowywali się jak na konkursie piękności: „dzień dobry, bardzo proszę, bardzo przepraszam, dziękuję, poproszę, do widzenia“. Za grosz skuteczności, chyba że za taką można uznać aktywność w rozpędzaniu gapiących się na drakę dzieci. Coraz liczniej odpoczywający na trójmieskich plażach turyści z obwodu Kaliningradzkiego nie mogli wyjść ze zdumienia: „Nasz OMON w 3 minuty zaprowadziłby tutaj porządek, co jest – waszym policjantom nie płacą..?!“. Faktem jest, że OMON rzeczywiście wyczyściłby plażę do białego piachu: nie tylko z kiboli, ale i z turystów i ich dzieci. Z Rosyjskimi „siłowikami“ to już tak bowiem jest – jak już ruszą do ataku, to za nimi tylko spalona ziemia. Szkoda, że nie pokazali tego w 44 roku, patrząc na wykrwawiające się Powstanie. Pokazali wiele lat później, w sierpniu 2008 w Południowej Osetii. „Wprost“ z 18 sierpnia publikuje z tej okazji wywiad z Adamem Bielanem, który jednoznacznie ocenia, kto był wówczas dobry, kto zły, kto zawinił a kto padł ofiarą. Bielan nie pozostawia najmniejszych wątpliwości – gdyby nie bohaterska postawa ówczesnego prezydenta, Lecha Kaczyńskiego, nie byłoby dzisiaj wolnej Gruzji, ba! – Kaukaz wpadłby całkowicie w rosyjskie łapy. „O ile wcześniej Putin nie przepadał za Lechem Kaczyńskim, to po wyprawie (prezydentów do Tbilisi) już go otwarcie nienawidził“ – wyrokuje A.Bielan. Stąd tylko krok do wniosku, kto ponosi winę za Smoleńsk 2010...

Kilka miesięcy po wojnie, której celem nie było (jak chce A.Bielan) zajęcie Tbilisi przez Rosjan, specjalna komisja Unii Europejskiej i NATO opublikowała niejawny raport na temat konfliktu. Wynika z niego czarno na białym, że prezydent Michaił Saakaszwili pierwszy zaatakował stolicę Południowej Osetii, Cchinwali, pociskami z wyrzutni Grad (współczesne odpowiedniki słynnych katiusz). Dopiero po ataku Rosjanie zdecydowali się na interwencję: i to jest największą winą Kremla – że wiedząc o przygotowywanej agresji gruzińskiej pozwolił na śmierć setek cywilów, aby dopiero wówczas wprowadzić do Osetii stojące w pogotowiu wojska. Takie są jednak realia polityki, dla której „jednostka niczym“. Śp prezydent Kaczyński stał się w tamtych dniach instrumentem w nieczystej grze między Saakaszwilim a Putinem. W grze, która jego samego mogła kosztować życie podczas osławionej prowokacji na granicy osetyjsko – gruzińskiej, prowokacji perfekcyjnie przygotowanej przez agentów Saakaszwilego. Może kiedyś któryś z naszych oficerów BOR zdecyduje się opublikować oficjalnie to, co sam wówczas widział i o czym w sekrecie opowiedział mi kilka lat później...

Wakacje dobiegły końca. Pora udać się w pogoń za Edwardem Snowdenem, ukrywającym się gdzieś w Skt Petersburgu. W mieście, które za chwilę gościć będzie uczestników szczytu G-20. Szczytu, na którym Rosjanie i Amerykanie będą na siebie spoglądać z rosnącą podejrzliwością i nieufnością. „Nie ma o czym gadać“ – napisał Maciek Jarkowiec we WPROST. Rzeczywiście – nie ma. Czasami jednak milczenie daje więcej, niż najgorętsze słowa. Jak mówią telewizyjni wydawcy: efekt ciszy potrafi być głośniejszy od krzyku. Na huk eksplozji przyjdzie jeszcze, niestety, czas.
Trwa ładowanie komentarzy...